• Palace at Nakło hosts Marzenna and Kehrt Reyher.
    Photo: Attila Husejnow

Gospodarze

Marzenna i Kehrt Reyher

Państwo Reyher są założycielami i wieloletnimi właścicielami VFP Communications, specjalistycznego, biznesowego, Warszawskiego wydawnictwa magazynu Media & Marketing Polska. Po sprzedaży firmy w 2011 roku, Państwo Reyher przenieśli się na stałe do Pałacu w Nakle, który zakupili w 2002 roku. Marzenna pełni funkcję Prezesa natomiast Kehrt piastuje posadę dyrektora Fundacji Nakielskiej, która za cel obrała restaurację Pałacu oraz sprawowanie pieczy nad funkcjonalnością obiektu, którą jest nadzwyczaj gościnny Bed & Breakfast. Państwo Reyher, w ramach aktywności Fundacji Nakielskiej, wspierają edukację, rozwój lokalnej gospodarki oraz polskiej kultury w całej Nakielskiej okolicy.

Kehrt, Amerykanin, pracował jako reporter prasowy, redaktor oraz projektant w Stanach Zjednoczonych przez 15 lat, gdzie jego kariera rozwijała się w takich wydawnictwach jak The Terre Haute (Indiana) Tribune-Star (lokalna gazeta z rodzinnego miasta), The Providence (Rhode Island) Journal, oraz The Detroit News. Kehrt jest absolwentem Indiana State Univesity, gdzie ukończył magisterskie studia dziennikarskie. Marzenna studiowała historię na Uniwersytecie Gdańskim, przed ucieczką do Stanów Zjednoczonych, spowodowaną stanem wojennym w Polsce w połowie lat 80tych XX wieku. Po przyjeździe do Stanów, Marzenna podjęła studia dziennikarskie na Wayne State University, gdzie Państwo Reyher się poznali w roku 1989. Marzenna pełniła zaszczytną funkcję redaktora naczelnego w wydawnictwie Media & Marketing Polska od 1993 do 2011 roku.

Ku Pamięci: Tadeusz Nazar

Dziadek pali papierosę w Carolinie Południowe.

(23 listopada 2016) Tata miał długie i niebanalne życie. W końcu nie wytrzymało biedne serducho i odszedł spokojnie, z błogosławieństwem bożym, po wielu czułych pożegniach w szpitalu we Włoszczowie w środę 23 listopada.

W dowodzie wpisali mu OCZY – SZARE. Pamiętam, że jako mała dziewczynka czytałam ten wpis z uwagą, potem patrzyłam mu w oczy i mówiłam – Nieprawda, przecież są zielone. Kocie.

Jak każdy porządny kot, lubił dobrą zabawę, towarzystwo, pogaduszki przy stole, politykowanie, flirtowanie z paniami, wznoszenie toastów i tango. Zawsze będę miała przed oczami ten ostatni taniec, który wykonał z mamą dwa lata temu w czasie Sylwestra, zanim nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Poruszali się zgrabnie, wytrawni tancerze, którym do 60-lecia małżeństwa zabrakło ledwie kilka miesięcy.

Był szczodry – do przesady, jak mawia moja rozsądna mama. I bardzo pracowity. Gdy był młodszy nie potrafił usiedzieć spokojnie więcej niż pięć minut. Gnało go na powietrze, do parku, do zbierania gałęzi, grabienia i objeżdżania meleksem całego terenu. Za nim biegły ukochane psy, płosząc bażanty i jeże.

Dzieciństwo i młodość spędził w Gdyni, potem po ślubie z mamą osiadł we Władysławowie, gdzie przez ponad 35 lat prowadzili wspólnie renomowany pensjonat. Kochał morze. Ciągał nas z moim bratem, Krzysztofem na plażę od maja do października i pozwalał na szaleństwa w zimnej wodzie. Rozpieszczał nas lodami i czekoladkami. Byłam jego małą dziewczynką, z końskim ogonem, którą zabierał z sobą nawet w podróże służbowe. Byłam dumna i szczęśliwa. Córeczka tatusia.

Mawiał, że ma szczęście – wspaniałą żonę, Danutę, udane dzieci Marzenę i Krzysia i ich współmałżonków – Joanny i Kehrta, i wreszcie wnuki – Tadzia, Arielę i Marshalla. Dzięki jego skłonności do zabawy wnuki oczywiście go uwielbiały. – Jeśli chcesz wygrać, to graj ze mną – powtarzał przy każdej grze w karty czy podkowy. I najczęściej się nie mylił.

Grałam z nim w życie przez prawie 60 lat i zawsze czułam się zwycięzcą. Dziękuję ci Tato.
– Wspomnienie córki Marzenny Reyher

Krzysiek podbija serca smakoszy

Szef kuchni, Krzysztof NazarKrzysiek Nazar to mój kochany braciszek, który pod koniec kwietnia przyjechał do Nakła, aby nadać nowego znaczeniu słowu „kuchnia”.  Od kilku lat jest profesjonalnym szefem, po nowojorskich szkołach (tam też mieszka na stałe z rodziną), ale pierwsze szlify zdobywał pod wodzą mojej mamy  w naszym hoteliku we Władysławowie. Czasy to tak odległe, że aż nieprawdziwe, ale wszystko co najlepsze poznał właśnie tam.

W odróżnieniu ode mnie, Krzysiek zawsze lubił gotować. Kocha dobre mięcho – polędwice wołowe i wieprzowe, smażone i pieczone z termometrem tak, aby każdy dostał tak wypieczone, jak lubi; łopatki peklowane na kanapki  z własnoręcznie ważonym sosem BBQ, hamburgery ze szlachetnej wołowinki w wieńcu wspaniałych, zawsze świeżutkich dodatków; kaczki w bogatych, aromatycznych sosach miodowo-pomarańczowych…

Inna jego specjalność to ryby. Filety z pstrąga w sosie maślano – cytrynowym to majstersztyk smaku i elegancji. A szczupak lub sandacz w ostrych przyprawach z Luizjany nigdy nie smakował mi lepiej. A owoce morza….

Wspomnę jeszcze tylko o sufletach i musach czekoladowych,  cieście marcepanowym, migdałowych tarteletkach, wypełnionych lodami, owocami i bitą śmietanką…

Mogłabym tak długo, ale zaraz potem robię się głodna, a to nie sprzyja mojej figurze.

W każdym razie Krzysiek przybył, zobaczył, ugotował i już podbił serca wielu naszych gości.  Kulinarnych sztuczek uczył się – poza collegem – u słynnego nowojorskiego szefa Petera Kelly, właściciela kilku restauracji w ramach Xaviar Restaurant Group. Oczywiście, Krzysiek, jak większość z nas, woli pracować dla siebie, na własną markę i dlatego przyjechał do Nakła. Pałac od razu zyskał. Również towarzysko, bo gaduła i dowcipniś z niego niezły, i ma wiele dystansu do siebie, czego o wielu kucharzach powiedzieć nie można.

Właśnie uruchamiamy przypałacową knajpkę, w której nie będzie długiego menu, zbędnego blichtru i odgrzewanych kotletów.  Będzie po prostu pycha-jadełko, codziennie świeże, zawsze smakowite i na tyle urozmaicone, że zaspokoi najwybredniejsze podniebienia, w tym… dzieciaków, najsroższych krytyków sztuki kulinarnej.

Po przyjeździe Krzyśka spadłam do roli typowego garkotłuka, gdyż jak wszyscy wielcy szefowie brudzi on setki naczyń i naczyniek. Zadziwiające, jak szybko mu to idzie. Kobiety gotują efektywniej, bo na ogół same muszą zmywać, faceci – no cóż, mają takie niewydarzone w kuchni istoty jak ja, które po nich sprzątają. Nie narzekam, bo moim ulubionym tematem jest pieczenie. Ostatnio olśniłam śmietankowym sernikiem na zimno, z własnymi truskawkami marynowanymi w szlachetnym likierze. Niebo w gębie i zasłużona chwila wytchnienia po Krzysinych mięsiwach i rybach, na tarasie, pod parasolem, przy kawie.

Jeśli planujecie przyjazd i chcecie coś specjalnego, napiszcie proszę lub zadzwońcie.

Scroll to top